9 sie 2010

Erewań nocą


17 lipca

Wstajemy niezbyt chętnie o 7 rano, obudzeni przez Hajka. Tłumaczy nam, że wstajemy na oglądanie Araratu (o które nb. sami prosiliśmy), po południu gromadzą się chmury i legendarna góra staje się ledwo widoczna. Po drodze lecimy do wodopoju i delektujemy się wschodzącym nad Armenią słońcem. W tle dwa stożki Araratu i Małego Araratu, legendarnych Armeńskich gór, w tej chwili znajdujących się 20 km za turecką granicą. Robimy fotki i wracamy spać. Budzimy się po południu, kąpiemy się korzystając z wiadra i miski (kto by pomyślał, że można się dokładnie umyć mając do dyspozycji tylko jedno wiadro wody :) ). Kupujemy w sklepie wszystkie potrzebne rzeczy na grilla - będzie duuużo kurczaka :) Do wieczora czas schodzi nam w miarę szybko, przyjeżdża ojciec Hajka i przygotowuje całą ucztę. Pomagamy, ile możemy, rozmawiamy i jemy ile możemy. Szykujemy się na nocny wypad do miasta.
Wczoraj poznaliśmy kolegę Hajka - DJ Kamo, grywa w klubach w Erewaniu, obiecuje zabrać nas na miasto. Jedziemy jego Ładą wyposażoną w odpowiednią muzę. Wjeżdżamy do miasta - najgłośniejsza ekipa w okolicy, cały Erewań jest w ruchu w sobotnią noc. Miasto jeszcze bardziej tłoczne niż kilka dni temu, jesteśmy pod wielkim wrażeniem, tu życie nocne nie ustępuje w niczym Europie. Wpadamy do kilku klubów i wybieramy naszym zdaniem najciekawszy. Muza na zmianę; zachodnia, rosyjska i ormiańska. Drożej niż w Warszawie ale dziś mamy dyspensę ;). Pewnie już więcej nie będzie okazji, jutro wyjeżdżamy do Iranu. Żałujemy trochę, że nie udało się znaleźć żadnej klimatycznej knajpki na wzór krakowskiego Kazimierza. To jest wyzwanie na następną wizytę w Armenii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz