13 lipca
Rano próbujemy spakować wszystkie nasze rzeczy do plecaków. Do tej pory część z nich trzymaliśmy w depozycie w hostelu, dziś opuszczamy Gruzję na dobre. Ledwo co się mieścimy. Idziemy przez miasto w poszukiwaniu dworca autobusowego, z którego odchodzą autobusy do stolicy Armenii - Erewania. Po drodze walka z taksiarzami którzy na pewno wiedzą że żadnych autobusów już nie ma i proponują taksówkę za jak zwykle niewielkie pieniądze ;). Pomagają nam uczynni policjanci i lokalsi. Staliśmy się taksówkowymi rasistami. Każdą osobę zdradzającą taksiarską aparycję omijamy szerokim łukiem - rozmowa z nimi to strata czasu, a my mamy go bardzo mało. Wydajemy resztę gruzińskich lari. Mam jeszcze 20 euro w portfelu, więc na wizy wystarczy. W Erewaniu spokojnie wypłacimy pieniądze w bankomacie. Znajdujemy dworzec i wygodną marszrutkę. Jedziemy do granicy. Nawiązuję rozmowę z bardzo wylewną Ormianką, która kiedyś pracowała w Polsce. Dowiaduję się ciekawych rzeczy, pani nie odpuszcza i ciągle coś do mnie mówi. Na nieszczęście błędnie uznała, że mówię doskonale po rosyjsku, więc rozumiem co drugie słowo. Jesteśmy na granicy. Nie spieszy nam sie, robimy małe zakupy na bezcłowym, idziemy spokojnie do okienka armeńskiego celnika. Mówi nam cenę wizy - 14 euro za 2 osoby. Wypełnia dla nas jakieś papierki, ja w tym czasie sięgam do portfela po moje 20 euro, które nagle skurczyło się do rozmiarów piątki - Epic Fail. Bez kasy stoimy na ziemi niczyjej, póki co miły celnik zabawia nas rozmową o futbolu (okazuje się że zna Macieja Żurawskiego). Staram się nawiązać jakiś kontakt, gadka szmatka o futbolu, udajemy że jesteśmy w dobrym humorze. W końcu przychodzi czas zapłaty, wyciągam banknot i ściemniam, że resztę zgubiłem. Celnik rozkłada ręce. Wysyła mnie do pobliskiego banku. Nie mają bankomatu, ale może coś zdziałam kartą. Biegnę i spotykam zniecierpliwionego kierowcę autobusu "nu szto riebiata, paciemu tak dołga?". W amoku spławiam go i lecę do banku, on odchodzi w stronę busa. Nagle olśnienie! Biegnę za kierowcą i wyjaśniam sytuację. Daje mi plik armeńskich banknotów, znowu szalony bieg na granicę. Rzucam wszystko celnikowi. Dostajemy wizy i z plecakami lecimy do autobusu. Uff, dobrze, że kierowca nie odszedł za daleko. Na koniec okazuje się, że pan celnik za fatygę wziął sobie 1000 Dramów, czyli 10 zł. Kompletnie nie mam pretensji, że to zrobił, ważne, że jesteśmy już w Armenii. Powoli schodzi ze mnie ciśnienie i chcę iść SPAAAĆ. Miła pani dalej zabawia mnie rozmową. Utrzymuję kontakt wzrokowy raz prawym, raz lewym okiem. W końcu odpływam. Budzi mnie i mówi, że teraz nie czas spać, teraz jest Armenia. Co za patriotyzm :)). Nie daję za wygraną i zasypiam. Wieczorem dojeżdżamy do Erewania, lecę oddać pieniądze kierowcy. Pierwsze dwa bankomaty nie przyjmują mojej karty - dobrze, że nie zjadły. Dopiero za trzecim razem udaje się uzyskać papierki - oddaję kasę kierowcy, bardzo ładnie dziękuję. Idziemy w stronę hostelu. Miasto nocą ruchliwe jak w Zachodniej Europie. Pełno drogich samochodów, monumentalnych budynków i wylansowanych ludzi. Nie spodziewaliśmy się tego. Lokujemy się w noclegowni (strasznie drogo, 70zł za noc) i idziemy spróbować słynnego armeńskiego koniaku - nie przepadam za tym alkoholem, ale trzeba przyznać, że armeński jest bardzo dobry.
Rano próbujemy spakować wszystkie nasze rzeczy do plecaków. Do tej pory część z nich trzymaliśmy w depozycie w hostelu, dziś opuszczamy Gruzję na dobre. Ledwo co się mieścimy. Idziemy przez miasto w poszukiwaniu dworca autobusowego, z którego odchodzą autobusy do stolicy Armenii - Erewania. Po drodze walka z taksiarzami którzy na pewno wiedzą że żadnych autobusów już nie ma i proponują taksówkę za jak zwykle niewielkie pieniądze ;). Pomagają nam uczynni policjanci i lokalsi. Staliśmy się taksówkowymi rasistami. Każdą osobę zdradzającą taksiarską aparycję omijamy szerokim łukiem - rozmowa z nimi to strata czasu, a my mamy go bardzo mało. Wydajemy resztę gruzińskich lari. Mam jeszcze 20 euro w portfelu, więc na wizy wystarczy. W Erewaniu spokojnie wypłacimy pieniądze w bankomacie. Znajdujemy dworzec i wygodną marszrutkę. Jedziemy do granicy. Nawiązuję rozmowę z bardzo wylewną Ormianką, która kiedyś pracowała w Polsce. Dowiaduję się ciekawych rzeczy, pani nie odpuszcza i ciągle coś do mnie mówi. Na nieszczęście błędnie uznała, że mówię doskonale po rosyjsku, więc rozumiem co drugie słowo. Jesteśmy na granicy. Nie spieszy nam sie, robimy małe zakupy na bezcłowym, idziemy spokojnie do okienka armeńskiego celnika. Mówi nam cenę wizy - 14 euro za 2 osoby. Wypełnia dla nas jakieś papierki, ja w tym czasie sięgam do portfela po moje 20 euro, które nagle skurczyło się do rozmiarów piątki - Epic Fail. Bez kasy stoimy na ziemi niczyjej, póki co miły celnik zabawia nas rozmową o futbolu (okazuje się że zna Macieja Żurawskiego). Staram się nawiązać jakiś kontakt, gadka szmatka o futbolu, udajemy że jesteśmy w dobrym humorze. W końcu przychodzi czas zapłaty, wyciągam banknot i ściemniam, że resztę zgubiłem. Celnik rozkłada ręce. Wysyła mnie do pobliskiego banku. Nie mają bankomatu, ale może coś zdziałam kartą. Biegnę i spotykam zniecierpliwionego kierowcę autobusu "nu szto riebiata, paciemu tak dołga?". W amoku spławiam go i lecę do banku, on odchodzi w stronę busa. Nagle olśnienie! Biegnę za kierowcą i wyjaśniam sytuację. Daje mi plik armeńskich banknotów, znowu szalony bieg na granicę. Rzucam wszystko celnikowi. Dostajemy wizy i z plecakami lecimy do autobusu. Uff, dobrze, że kierowca nie odszedł za daleko. Na koniec okazuje się, że pan celnik za fatygę wziął sobie 1000 Dramów, czyli 10 zł. Kompletnie nie mam pretensji, że to zrobił, ważne, że jesteśmy już w Armenii. Powoli schodzi ze mnie ciśnienie i chcę iść SPAAAĆ. Miła pani dalej zabawia mnie rozmową. Utrzymuję kontakt wzrokowy raz prawym, raz lewym okiem. W końcu odpływam. Budzi mnie i mówi, że teraz nie czas spać, teraz jest Armenia. Co za patriotyzm :)). Nie daję za wygraną i zasypiam. Wieczorem dojeżdżamy do Erewania, lecę oddać pieniądze kierowcy. Pierwsze dwa bankomaty nie przyjmują mojej karty - dobrze, że nie zjadły. Dopiero za trzecim razem udaje się uzyskać papierki - oddaję kasę kierowcy, bardzo ładnie dziękuję. Idziemy w stronę hostelu. Miasto nocą ruchliwe jak w Zachodniej Europie. Pełno drogich samochodów, monumentalnych budynków i wylansowanych ludzi. Nie spodziewaliśmy się tego. Lokujemy się w noclegowni (strasznie drogo, 70zł za noc) i idziemy spróbować słynnego armeńskiego koniaku - nie przepadam za tym alkoholem, ale trzeba przyznać, że armeński jest bardzo dobry.
tak, tak pamiętam jak się nabawiłeś urazy do koniaku:D
OdpowiedzUsuń