21 lip 2010

Yerewan masakra, czyli szalarma z kefirem ;))

14 lipca

Snujemy sie po miescie, Yerevan nadal niczym nie zaskakuje poza wyjatkowo europejskim charakterem i nadzwyczajnym zageszczeniem kobiet w typie Salmy Hayek ;)). Na gloda zarzucamy sobie szalarme za ok 6 zeta, ktora decydujemy sie zgodnie z lokalnym zwyczajem popic rzadkim kefirem (don`t do this at home!!). Po kilku chwilach grozy (najdluzszych kilka chwil w moim zyciu) idziemy na internet zaczerpnac infromacji o Aragac oraz wyslac troche pytan o spanie na CS.
Uzbrojeni w notatki o najwyższym szczycie Armenii (Aragac) lapiemy autobus do gorskiej wioski Byurakan. Tam poznajemy mlodego goscia o imieniu Hayk, ktory oferuje nam pomoc (oczywiscie zlapalismy spine, ze bedzie nas chcial wytrzaskac z kasy).
Na szczescie po raz kolejny sie mylilismy, Hayk okazal sie byc bardzo milym czlowiekiem, prowadzacym bardzo skromne zycie wraz ze swoimi rodzicami w malym, nie oplywajacym w luksusy domu.
Po raz kolejny zobaczylismy na wlasne oczy ze im mniej mamy tym latwiej sie dzielimy z innymi. Nie czuje sie na silach zeby wchodzic w szczegoly tego co zobaczylem, ale powiedzmy ze ci ludzie bardzo latwo sie dzielili......

Po bardzo smacznej kolacji Hayk zorganizowal nam transport (naprawde szalona jazda mocno nadgryzionym przez czas Zygulikiem przy ostrym rytmie azerbaydzanskiej muzyki - priceless) do stacji meteorologicznej u podnoza gory Aragac gdzie rozbilismy swoj oboz na ok 3200 m n.p.m.

Pogoda syfiasta, deszcz, mgla, zimno. Humory nawet niezle, wypilismy po piwie, zrobilismy kilka szajsownych fotek i do spania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz