13 lip 2010

Abastumani

9 lipca
Rano budzi nas ryk dzikiego zwierza- jakiś turysta robi sobie z nas jaja i potrząsa namiotem. Mamy na to wywalone i śpimy dalej. Szybkie pakowanie i idziemy na śniadanie. Dziś żegnamy się z Magikiem, który musi wracać do UK. Po śniadaniu toaletowy exodus i jesteśmy gotowi do dalszej drogi. W kafejce internetowej wyszukuję relację chłopaków z motogruzji, którzy gdzieś w okolicy kąpali się w termalnych basenach. Jest to wioska Abastumani, leżąca 50 km od Borjomi. Wsiadamy i jedziemy z przesiadką w Akhalcikie, co po gruzińsku znaczy tyle, co Newcastle. W Newcastle zahaczamy o klimatyczną post-sowiecką knajpke. Urzekają mnie malowidła pokazujące mieszkańców kaukazu, pani śpiąca za ladą i pleśniejące ogórki na wystawie - like it!!. Po wyjściu z knajpy robię sobie zdjęcie ze zdezelowanym autobusem. Wchodzę na schodek a kierowcy przestraszeni myślą, że chcę im podprowadzić ten cud techniki - Cin wyjaśnia sytuację że to tylko dla zabawy. Pół godziny drogi i jesteśmy w Abastumani. Stare carskie uzdrowisko, pełno rozpadających się, pięknych drewnianch dacz. Trafiamy do starej łaźni, zbudowanej w 1880 roku dla carskiej rodziny. Budynek chyba nigdy nie przeszedł remontu, ale widać ślady świetności - posadzka i architektura powalają, podobnie zresztą stopień zaniedbania. Remontujący panowie o aparycji kryminalistów nalegają żebyśmy zostali w carskiej balii z siarkową wodą - mamy ją na wyłączność. W pokoju oprócz małego basenu wyłożonego marmurami jest jescze prysznic, toaleta i sucha sauna. Niestety nic poza basenem nie działa, jest kompletnie rozpieprzone :) Korzystamy z kąpieli i wyobrażamy sobie, że żyjemy 120 lat temu. W plecaku znajduje się zawieruszone piwko, więc jest luksus. Po kąpieli obowiązkowe fotki budynku - na górze ma orgomne pokoje gościnne - puste i nieużywane. Lecimy na marszrutkę, okazuje się ze ostatnia już odjechała - trzeba będzie znowu rozbić pałatku na dziko i przeczekać.
Na przystanku spotykamy Otarego, który wygląda nieco na lokalnego pijaczka, ale po wysłuychaniu naszej historii oferuje nam darmowy nocleg w swoim drugim, nieużywanym domu. Otary zatrzymuje Mercedesa E-klase z dwoma młodymi ludźmi o aparycji mafiozów. Wsiadamy i zastanawiamy się czy już pożegnaliśmy się z plecakami. Chłopaki okazują się w porządku, mówią dobrze po angielsku i podwożą nas na miejsce. Jest to chatka dla lekarza pracującego w pobliskim szpitalu leczącym choroby płuc - klimat jak z "Bandyty". Wnętrze nie przedstawia się imponująco, ale są łóżka. Siedzimy na ganku i szykujemy się do przymusowego snu. Po pół godziny Otary przyjeżdza z dwoma kolegami i zaprasza nas na imprezę. Pieczony kurczak, chleb pomidory, ogórki, piwo i wódka. Tamada wznosi toasty za Polskę, Gruzję, rodzinę, umarłych i wieeele innych. Panowie podziewiają Cina za znajomość podstaw gruzińskiego. Jest bardzo wesoło - cudowni ludzie. Impreza kończy się pozowaniem do zdjęć w skórze z jakiegoś białego niedźwiedzia i z karabinem w ręku - wot, kawkazka tradycja. Teraz jesteśmy już prawdziwymi przyjaciółmi. Tamada odwozi nas do naszego domku, gdzie nieco zmęczeni, zasypiamy...

1 komentarz:

  1. "Po wyjściu z knajpy robię sobie zdjęcie ze zdezelowanym autobusem. Wchodzę na schodek a kierowcy przestraszeni myślą, że chcę im podprowadzić ten cud techniki - Cin wyjaśnia sytuację że to tylko dla zabawy".

    Dooobree :)

    Jawo

    OdpowiedzUsuń